Sierpień. Nawet nie wiecie, jaką radość wzbudza we mnie świadomość, iż on zawsze nadejdzie. Urlop. Dłuższy odpoczynek po męczącej rocznej harówce. Wysiłku, może nie tyle fizycznego, co bardziej psychicznego. Nie, żeby mięśnie nie pracowały. Gdy lipiec puszczał swe ostatnie ciepłe promienie, jakby na pożegnanie, me myśli zaprzątało pakowanie. Wszystko po to, by pod osłoną nocy, dotrzeć do Sarbinowa.
Woding
Do południa stopy na spotkania wołały pewne maszynki i łapki. Leżąc na sprzętach nawet się nie spodziewałam, jak w locie błyskawicy, się pewnym młodzieńcem oczarowałam. Każde nasze spotkanie umilał słodkim dziecięcym śpiewem, jak na czterolatka przystało. Zyskał na miejscu ludzi, którzy go w pełni zaakceptowali i vice versa. Szkoda, że nie zawsze to tak działa. Nie wygląd powinien świadczyć o tym czy polubimy, lub odrzucimy malucha.
Na pozostałe godziny w morskiej osadzie, plan był banalny. Dużo plażowania niemalże na równi z wodnymi harcami. Pływanie na fali okazało się najwspanialszą formą ćwiczeń ruchowych. Oba najważniejsze punkty programu realizowałyśmy niemal codziennie. Nad morzem pogoda nieprzewidywalną bywa. Wiadomo.
Na palcach jednej ręki policzę jednak dni kiedy, oczekując wyładowań atmosferycznych, grałyśmy w jedną z najbardziej popularnych gier planszowych. Na całe szczęście. Nie po to się jedzie wypoczywać, żeby układać tabliczki na zielonej planszy przypominającej krzyżówkę. W porze poobiedniej było mnóstwo kilometrów do pokonania. Żałowałam braku pewnej aplikacji w komórce, gdyż przepadło troszeczkę pieniędzy na rzecz dzieciaków.
W zamian za to z dumą na promenadzie prezentowałam komu swe serducho muzycznie oddałam.
muzyczna miłość
Podczas jednej z takich przejażdżek motor dojrzałam.Sami rozumiecie. Nie mogłam się utrzymać w ryzach towarzysza. Kiedy w tle podróży leciały Dżemy... Z mamitą wiedziałyśmy, że na koncert jedziemy. Ale o tym będzie... osobny wpis.
Macie czasem ochotę przestać marzyć? Bynajmniej nie dlatego, że to nie jest budujące. Daje olbrzymiego pozytywnego kopa do przodu. Czasem tylko ich realizacja wychodzi poza wszelkie ramy. Co zrobić wtedy? Zaniemówić, gdyż dziękuję to zbyt ubogie słowo. Ale po kolei. Zimową porą zamarzył mi się kolejny spektakl Jesus Christ Superstar. Gdybym miała określić przedstawienie jednym sformułowaniem? Powracający bumerang. Znam kilka osób, które po pierwszym obejrzeniu wracają. To trzeba po prostu zobaczyć i przeżyć. Mając świadomość, że bilety z gościnną obsadą w składzie rozchodzą się niemal na pniu, z niecierpliwością czekałam na informację o rezerwacji. Udało się. W drugiej połowie czerwca ponownie przekroczyłam progi Teatru Rozrywkowego.
Kolejny raz dzięki niezwykłym ludziom. Nie mam tu na myśli tylko, najwspanialszej, prze kochanej mateczki. Do dziś nie rozwikłałam pewnej zagadki: Czym sobie zasłużyłam na tyle dobroci, której ostatnio dostaje olbrzymie pokłady od losu? Ktokolwiek zna rozsądną odpowiedź, proszony jest o jej udzielenie. Ja naprawdę nie mam pojęcia. Odcinek pomiędzy Chorzowem, a Wrocławiem minął błyskawicznie. Na miejscu okazało się że, dysponujemy sporym zapasem czasowym, do dzwonka zwiastującego początek musicalu. Mogłyśmy zwiedzić dobrze nam znane miejsce i spotkać znajome twarze, Powspominałyśmy troszkę nie tak odległe 35 lecie Dżemu. Jedyne, co w tamtym dniu było wspaniałe to set, znajomi i podróż. Reszta niech pozostanie milczeniem.
Jezus ze swym ludem Fot: Anna Kozłowska
Jezus mi to tysiąckrotnie zrekompensował swymi niezwykłymi partiami wokalnymi. Niby to się oglądało już trzeci raz (ufam, że nie ostatni), jednak za każdym razem wzbudza innego rodzaju emocje. Swoiste motylki, które mi osobiście ogromnie dużo dają. Matulka po każdej takiej eskapadzie pyta, czy tego ładunku energii starczy mi na dłużej? Wie mimo wszystko, że czasem muszę być ładowana lub przeładowana. Akumulatorki zostały podłączone, więc można dalej iść do przodu z uśmiechem na buzi, na przekór przeciwnościom i wszystkiemu innemu. W przerwie mówiła ,jaki to Maciek wszechstronny muzycznie i nie tylko. Cóż nie sposób ów słów nie potwierdzić. Kiedy nadarzyła się okazja powiedzenia odtwórcy roli głównej tego osobiście hmm... Najpiękniejsze zakończenie słonecznego dnia. Przedsmakiem była chwilka rozmowy ze Św. Piotrem i Szymonem Zelotą. Kilka minut później wyszedł głos dżemu. To była ta najpiękniejsza sekunda. Tak niewiele, a jednak ogromnie dużo. Moment do którego chciałoby się wracać zawsze. Jeszcze "cześć Ewa" i nic ci więcej nie potrzeba do euforycznego, cichego szczęścia.
Nie od dziś wiadomo, że rehabilitacja może
przybierać, różnorakie oblicza. Wachlarz jest bardzo szeroki. Wszystko zależy od tego, nad jakimi
partiami ciała, chcemy się skupić. Od przeszło dwóch miesięcy, w środowe
popołudnia ćwiczę koordynację dłoni,
wykorzystując sztukę. Ścisłej mówiąc -
malowanie. Geneza niedawno odkrytej możliwości ekspresji miała swój
zalążek grudniowym, ciepłym wieczorem. Plan myślowy, który wówczas zakiełkował
pod czupryną był nad wyraz prosty. Zrobić coś własnoręcznie. Czyż nie takie przedmioty
wystawia się przeważnie na kiermaszach, w dobie wszechobecnej komputeryzacji,
również internetowych?
Portrecik pierwszy
Pierwszy pomysł był. Osoba nadzorująca jego powstanie również. Pozostało tylko, przenieść ów na papier, przy użyciu odpowiednio dobranych do łapek materiałów. Założenie ambitne aczkolwiek w pewnym sensie trudne do zrealizowania. Człowiek chce zrobić komuś niespodziankę, prosi o podesłanie głównego składnika dzieła, a pytań w stylu po co tysiące. Ile było gimnastyki, przy wymyślaniu odpowiedzi, wiem tylko ja. Wreszcie po, dwóch niezwykle sympatycznych twórczo miesiącach portrecik miał swoją premierę. Nie powiem, duma mnie rozpierała.
Drugie dzieło
Na skutek pozytywnych komentarzy zaczęłam pracować nad czymś nowym. Tym razem tylko na własny użytek. Tutaj zadanie okazało się znacznie łatwiejsze pod względem logistycznym. Wszelkie części składniowe, kolejnego wykonanego obrazka, miałam w posiadaniu własnym. Ręce, zahartowane w artystycznym boju, same chwytały za przybory, potrzebne do realizacji drugiego projektu. Tempo pracy moich osobistych paluszków zadziwiło nawet mnie samą. W przeciągu dwóch tygodni, dzieło było skończone i gotowe do zamieszkania na ścianie. Gdybyście chcieli zapytać dlaczego akurat oni? Obaj panowie, skradli me serce. Każdy wdarł się do niego indywidualnie Niedawno dołączył do nich trzeci przedstawiciel. Cechuje go potężny głos i ogromna wrażliwość. Tylko wybór zdjęcia stanowi problem. Na każdym jegomość ślicznie się uśmiecha.
Przyjmowanie zbyt dużej dawki informacji negatywnej z zewnątrz, zdecydowanie nie jest silną stroną mej psychiki. Nawet, jeśli ona nie dotyczy mnie bezpośrednio. Kiedy jestem gdzieś w podróży staram się zawsze mieć łącze z portalem społecznościowym. Swoiste spaczenie, ponieważ nigdy nie wiadomo kiedy na którejś z tablic zawiśnie ważny wpis. Byłam w szoku gdy, dalszy realny znajomy stwierdził, że życie nie ma sensu... Cóż, trzeba się samej przed sobą przyznać... Takie wieści baaaardzo dołują. Zwłaszcza przy wspólnym dorastaniu. Zaczynasz się wówczas zastanawiać, czy twój plan życiowy pod kryptonimem chwytania chwil garściami, na przekór własnemu ciału, ma sens? Niczym maniakalny upiór wywoływałam z pamięci festiwalowe wspomnienie TSA wraz z "51", lub patrzyłam na... Gabrysia z kosmatym stworem, przecież to się naprawdę wydarzyło. Na tym nie koniec... Bynajmniej z mojej strony. Odganianie złych myśli zupełnie przysłoniło mi sprawy, które z założenia powodują meeeega banana na twarzy. Tamtego Polanickiego koncertu strasznie wtedy potrzebowałam. Nie tylko dlatego, żeby posłuchać muzyki, choć setlista była niebanalna. Bardziej chciałam wyrzucić z wnętrza ten ogrom frustracji. Na tym show poznałam kolejną fankę Gosię, zapadła ostateczna decyzja o jubileuszu, a to co złe zostawiłam za drzwiami.
My źródło fb
Końcem kwietnia TVP nagrywała u nas niezwykłe widowisko. Patrząc na zacne artystyczne gremię, widziałam już nas, jak najbliżej sceny. No dobra, konkretnie jednego z wokalistów chciałam mieć w doskonałym zasięgu wzrokowym. Okazało się że mnie bardzo dobrze pamięta. Krótka rozmowa potrafi też nieźle zmotywować. Jego solowy wykon Marsza J. I. Paderewskiego wbił Ewcię w ziemię... Który to raz? Nie liczę, gdyż zatraciłam skalę....
W pierwszych tegorocznych dniach maja znów, dzięki życzliwości niezwykłych ludzi, mogłam usłyszeć ukochanych bluesrockowców. Wydarzenie niby identyczne, ale jednak nieco inne. Dlaczego? Po raz kolejny przekonałam się że nie tylko Maciek i spółka mają ogromniastą wrażliwość... Ich fani także. Przynajmniej ci, których dane mi było spotkać. Bo jak nazwać inaczej sytuacje, kiedy ludzie proponują bezinteresowną podwózkę do domu, albo pokonując długość sali biegną tylko do ciebie.... O samych muzykach nie wspomnę...
Bluza
Biniek i jego radość, pewne fanty kiermaszowe koncerty czy też wielkanocna niespodzianka w bluzowej odsłonie i nie tylko... Może zabrzmi to górnolotnie ale... Te wszystkie małe rzeczy, dają wiarę w sens, w chwilach zwątpienia... Sens drogi którą obierasz.
Kiedy na początku tego roku mamuśka poinformowała mnie o możliwości wyjazdu na Jasną Górę
średnio mi ów pomysł przypadł do gustu. W prywatnej skali, miejsc kultowych na Śląsku, pierwsze miejsce zajmuje Chorzów. Nie
pytajcie czemu...Mieliśmy jednak wyruszyć dwunastego kwietnia, więc miałam
trochę czasu do namysłu. Tym większe było zdziwienie nasze kiedy
zadeklarowałam, w pełni świadoma, że
mogę towarzyszyć mej kochanej rodzicielce. Czyżby znów podświadomość czuła nadjeżdżającą
magię chwili? Może. Wspomniany
jednodniowy wypad organizowała ma subkontowa fundacja. Punktualnie stawiłyśmy
się na miejscu zbiórki. Po mniej więcej półtorej godzinie drogi zaplanowano
postój. W drodze, do ulubionego miejsca zielonego stwora o gołębim sercu, moje oczęta
nagle się zatrzymały. On po prostu spokojnie stał na bruku i czekał.Metalicznie
czarny, zadbany. To właśnie o nim śpiewają wszyscy, choć pierwszy rzecz jasna
był Dżem. Posiadacz tej wspaniałej maszyny wyszedł z pobliskiego baru po
kilkunastu minutach. W miłej rozmowie wyjaśnił, iż zamierza dołączyć do zlotu
posiadaczy Harleyów, na... Jasnej Górze!
Koń mechaniczny
Jego charakterystyczny dzwonek
telefoniczny wiele uzasadniał. Opowiedział jeszcze o kilku zlotach, na których
im grali. Mamita zapewniła, że też ich lubimy. Liczba mnoga zaczynała coraz bardziej docierać do mej podświadomości. Cud,
festiwalu ku przestrodze, naprawdę się wydarzył. Fani znajdą się przecież
wszędzie. Niestety, trzeba było się pożegnać i wyruszyć ponownie do
wyznaczonego wcześniej celu. W trakcie dalszej podróży autokarem kilkoro
współtowarzyszy rozkminiało ważne, lub
mniej istotne niepełnosprytne tematy. Ja w tym samym czasie rozmyślałam o... napotkanych
koniach mechanicznych. Gdy, po półgodzinnej wspinaczce pod górkę, przekroczyłyśmy
bramy klasztorne, poczułyśmy olbrzymią ulgę.
Miła czekoladka
Wewnątrz uderzył ogólny przepych.
Prawie wszystko w środku było złote, albo pozłacane. Nabożeństwo standardowe
szybko się zakończyło. Jeszcze tylko zobaczyć słynny obraz czarnej madonny,
poproszenie o wstawiennictwo u Syna i można wychodzić. Nasz duecik zawsze musi
być inny niż wszystkie - w pozytywnym znaczeniu. Zamiast "tradycyjnych"
straganów z dewocjonaliami poszłyśmy zwiedzać miasto. Słońce, bezchmurne błękitne
niebo wręcz zachęcało do spaceru. Trzeba było poszukać nowych rumaków do
kolekcji fotograficznej, z przerwą na słodkiego gofra z dżemem. Każdy z motorów
był ładniejszy od poprzednika. W trakcie obserwacji coś ciepłego dotknęło mojej
dłoni. Odruchowi spojrzałam w dół. Prośbę o pogłaskanie wysyłał roczny labrador.
Czekoladowy czworonóg zgodził się na pięciominutową zabawę, po czym wróciłam do
oglądania dwuśladów. Wierzę, że kiedyś wsiądę na jego tyły, i wraz z właścicielem
wyruszę chociażby na krótką eskapadę. W końcu tyle mych marzeń ostatnio się
spełnia.
Są takie chwile, kiedy mój muzyczny niedosyt żywego słuchania nutek z głosem zaczyna mnie pozytywnie przerażać. :-). Aby móc tego doświadczać jak najczęściej, jestem w stanie nawet pokonać swój osobisty "Mont Everest" - pójść do Stomatologa.
Nowy uśmiech
Październikowego popołudnia mamita zapytała, czy swój jubileuszowy dzień spędzę "tradycyjne", czyli na solowym obliczu słodko - blusowego Macieja... Nie było wtedy jeszcze oficjalnych wieści, ale Sis wysłuchawszy dzielnie mych jęków, stęków i marudzeń okraszonych niepewnością, wysłała zapytanie, gdzie trzeba. Odpowiedz wzbudziła mega uśmiech na mym licu. Po cichu chciałam zaliczyć więcej niż jeden koncert (cóż dla mnie ów głos brzmi idealnie w każdej odsłonie wokalnej) myśli krążyły wokół Wawki.
W poważnej przed koncertowej rozmowie trzeba było wytoczyć bardzo silne argumenty. Na jednym wydechu wraz ze słowami "No przecież to... Maciek" "Solowa trasa jest tylko raz w roku" padło "Ewcia dobrowolnie pójdzie do dentysty "
Na skutek uwarunkowań genów mam dość słabe zębiska, które trzeba leczyć. Wiedza wiedzą, a praktyka? Cóż, z tym bywało różnie. Wszystko, przez nieprzyjemną, starszą doktor, która w dzieciństwie potraktowała mnie nieprzychylnie delikatnie mówiąc. Trauma była tak ogromna, że gabinety odwiedzałam w ostatecznej ostateczności. Dlatego, po usłyszanej deklaracji mateczka niezwłocznie umówiła mnie, na najbliższy wolny termin w oleśnickiej klinice. Pech chciał, że terminy początku trasy i przeglądu przypadły bardzo blisko siebie. Stawiłam się na wizycie. Chirurg stomatologiczny dokładnie obejrzał wnętrze mej paszczy na wszelkie możliwe strony. Spokojnie odpowiadał na pytania, wyczekiwał mimowolne napięcia ciała. Po tak miłych oględzinach, z opanowaniem i wewnętrznym uśmiechem, czekałam na narkotyczny sen. Niepełnosprytni mają go nieodpłatnie z tytułu posiadanego orzeczenia o swym stanie. Dodatkowym umilaczem muzycznym był rewelacyjny solowy Maciek. Nie był to zwykły live. Kilkoro przyjaciół spotkało się, aby sobie wspólnie razem pograć. Serdeczne gagi, wplatane pomiędzy poszczególne fragmenty niepowtarzalnej setlisty okazały się idealnym, treserem mięśni brzucha. Gdy wybrzmiał naprawdę ostatni bardzo osobisty utwór, w trzykrotnym powtórzonym bisie, mamita wychodziła zachwycona całą oprawą. Mi natomiast było strasznie żal, że to już koniec. Chyba na mocy owego smutku parę dni po imprezie zaczęło mnie pobolewać gardło. Te kilka dni, do spotkania z chirurgiem, spędziłam w domowych pieleszach. Uzbrojona w specyfiki przepisane przez rodzinnego medyka. W weekend poprzedzający zabieg, napisałam na fb, pełnego nadziei posta wraz z ulubionym coverem.
Nie wszyscy jednak tak go zrozumieli, ponieważ w pracy mateczki padały pytania o realizację mego osobistego... testamentu. Kunszt i profesjonalizm zespołu nie pozwolił mi odejść za szybko. W dwie godziny wykonali niezbędne naprawy, wybudzili z narkozy, bym wraz z zaleceniami, odpoczywała we własnym pokoju. Podczas rekonwalescencji najadłam się niezłego strachu. W czwartkowe południe poczułam, że połykam coś... W przychodni nikt nie odpowiadał... Nieźle wystraszone zadzwoniłyśmy bezpośrednio... do operatora. Wysłuchawszy historii o narastającym bólu obiecał... wizytę domową, w trakcie której jeszcze raz wszystko obejrzy... Słowa wcielił w życie...
Zajrzał, włożył lekarstwo przepisał antybiotyk maść, a co najważniejsze - uspokoił panikarę. Gdy wychodził, nie biorąc od nas ani złotówki, patrzyłyśmy z niedowierzaniem na siebie.
Spotkać prawdziwego Lekarza, to dziś rzadkość.
A ja? Za odwagę, być może kolejny raz usłyszę, pieśni Syna Bożego, na deskach teatru chorzowskiego.
"Na miły Bóg, Życie nie tylko po to jest, by brać Życie nie po to, by bezczynnie trwać I aby żyć siebie samego trzeba dać"
Stanisław Sojka "Tolerancja"
Od dobrych kilku dni słyszę jaka to jestem niesamowita, wyjątkowa i.. tak bym mogła w nieskończoność. Nie, nie obrosłam w piórka, wręcz przeciwnie. Słowa uznania są bardzo miłe, gdyby nie ich pesząca częstotliwość. Czy chęć pomocy drugiej osobie jest czymś szczególnym? Dla mnie nie, ponieważ te wartości wpajało mi od zawsze najbliższe grono. Gdy ktoś mi pomoże staram się to odwzajemnić, w różnoraki sposób...
Stoję
Ktoś, zupełnie mi obcy, pewnie nieraz stuknie się w głowę pytając czemu ona stara się pomóc innym skoro sama jest w potrzebie? Odpowiem słowami przysłowia" Dobro się opłaca, bo z powrotem powraca". Paradoksalnie sama na własnej skórze wielokrotnie przekonałam się, jak ważny może być nawet najmniejszy gest skierowany w stronę drugiej osoby. Obserwując codzienną bitwę dzisiejszych najmłodszych przedstawicieli, nie tylko mojej jednostki wrodzonej, mimowolnie zamykając oczy, wyruszam w osobisty powrót do nostalgicznej przeszłości. Kolejni medyczni fachowcy, niosący w sobie szczere powołanie do wyuczonego zawodu, powtarzali anegdotkę o chłonnym wiedzy młodym Janie. Nie było innego wyjścia, jak dobrowolne przyswajanie nauk ku lepszej sprawności.
Efekty systematyczności w połączeniu z ludzkimi siłami zaskakiwały samą najbardziej zainteresowaną. Niesiona na kanwie zdobytej umiejętności trenowałam dalej, aby zdobywać swoje indywidualne " Kilimandzaro", dopóty moje osobiste centrum dowodzenia zwane mózg, nie powiedziało "Stop, teraz już tylko utrwalamy" . Po to, żeby w okresie dorastania, dorosłości, czy wreszcie wieku zdobytej mądrości móc najwięcej pomagać opiekunom. Dziś zmieniło się prawie wszystko. Od wachlarzu ćwiczeń po możliwości gromadzenia środków. W dawnyyyyyyych czasach, gdy dzisiejsze społecznościowe sprzęty służyły tylko do pisania, lub grania, my z mamitą w ramach spaceru po szkole - pukałyśmy do drzwi i serc różnym darczyńcom. W baaaardzo dosłownym znaczeniu tego słowa.
Wyjątkowa koszulka, a raczej folia
Teraz, będąc "dorosłym" Janem, wspieram wyjątkowych Janków juniorów. Na miare swoich możliwości, Nie oczekuje laurów, czy pomników za to, choć styczniowo grudniowo dziękuję ubrane w małe rzeczy było... No, właśnie nie wiem, czy bardziej zaskoczeniem czy, wzruszeniem.