niedziela, 4 listopada 2018

Oddaje to, co sama dostaje

Długo się zastanawiałam czy wsadzać tutaj to zdjęcie. Nie, żebym nie była dumna wręcz przeciwnie. Czasem słowa są po prostu niewystarczające. Ważne że nasza dwójka wiedziała. Koleżanka ma jednak dar przekonywania. Tamten wieczór miał w sobie coś wyjątkowego a sfotografowany przez kolegę moment stanowił jego uwieńczenie. Cieszyłam się że, moi znajomi współuczestniczą w mej radości. nie tylko po to, aby mi o niej zaświadczać.
Fizycznie wróciłam błyskawicznie do własnych czterech ścian psychicznie było znacznie ciężej.
Bierutów 27.10.18
fot. Robert Kuźma 
Naładowana przeświadczeniem, że mam niesamowite szczęście mimo wszystko natrafiłam na informacje o samotnym chłopcu, który miał... marzenie. Nieskomplikowane, ale bardzo ważne jednocześnie.
Na chwilę zastygłam. To był impuls, zapalnik niczym żaróweczka u pomysłowego Dobromira.
Ekspresowa wymiana korespondencji. Za zgodą informacja puszczona dalej w świat. Przecież dobre duchy są wszechobecne mają różnorodne oblicza lub zadania do wykonania. Kto powiedział, że ja nie mogę również się takowym stać? Nikt przecież nie napisał definicji odnośnie spełniania pragnień.
Jedna ze znajomych prosząc o dane dodała, że jestem niesamowita. Nie postrzegam tego nigdy w takich kategoriach. Przecież ta ręka wcale nie musiała być podawana, a ja "przywracana do rzeczywistości"... Po prostu oddaje tą dobroć którą sama dostaje.

środa, 24 października 2018

Geneza szkolna

Cofnijmy się do tylu o jakieś dobre kilkanaście lat. Mamy dziewięćdziesiąty drugi rok.
Siedmioletnia kumająca dziewczynka niepełnosprytna ruchowo, w mądrych papierach z poradni pedagogicznej po specjalistycznych badaniach wpisano to fachowo jako norma intelektualna o czym sama zainteresowana dowie się w swoim czasie, pragnie rozpocząć nowy rok szkolny. Po ukończeniu "0" w trybie domowego nauczania indywidualnego, chciała zmiany.
Pasowanie na ucznia
Porannego wstawania, noszenia plecaka z książkami niemal każdego dnia, dzwonków, przerw, uroczystych akademii z przeróżnych okazji. Jednym słowem wszystkiego tego, czego  doświadczają  na pewnym etapie życia jej "chodzący samodzielnie" rówieśnicy czy inni uczniowie.
Rozpoczęło się poszukiwanie. Niestety wówczas ogromnym problemem były bariery architektoniczne. Nadmienić należy iż w ówczesnych latach edukacja włączająca czy integracyjna stanowiła pewien rodzaj abstrakcji.
Nasza I klasa 

Cóż było robić, gdy takich bądź bardzo zbliżonych historii przybywało coraz więcej?
Rodzice smyków oraz nastolatków wychodzili lokal od władz miasta, po innym miejscu edukacyjnym wyremontowali go własnymi siłami i wrzesień nabrał innego, nowego znaczenia. We Wrocławiu powstała pierwsza szkoła dedykowana osobom mającym problem z poruszaniem się. Dzieciaki realizowały w niej masowy program nauczania i wyżej wymienione czynniki również spełniono.
Stworzona placówka nie tak dawno obchodziła kolejny jubileusz choć przez lata nie obce jej były zmiana siedziby, profilu czy atak żywiołu.
Jak potoczyły się dalsze, dorosłe losy uczennicy i jej rówieśników? Dziś w większości są magistrami różnych specjalności.

wtorek, 9 października 2018

Po indeks marsz

Od zawsze wiedziałam, że będę mieć wyższe wykształcenie. Już jako kilkulatka chłonęłam opowieści studenckie najpierw z ust starszych członków rodziny, w późniejszym okresie od znajomych żaków. Decyzje o przekroczeniu uczelnianych progów sama w sobie podjęłam, więc już dawno, ku radości bliskich.
Egzamin maturalny wydawał się przysłowiową "bułką z masłem" w porównaniu z wyborem kierunku. Przez dłuższy czas nie wiedziałam, co chce dalej robić w życiu. Marzenia były, ale rozsądek je weryfikował.
Anglistyka, czyli pierwszy z wariantów odpadał już na starcie. Język znam, jednak zdaję sobie sprawę, że osoba, która ma ze mną kontakt jednorazowy bądź sporadyczny wcale nie musi rozumieć mojej mowy. Jaki zatem byłby ze mnie nauczyciel czy tłumacz? Słaby realnie rzecz biorąc, taka prawda. Nie chciałam być również pedagogiem specjalnym. Jestem niepełnosprytna, potrafię wejść w "skórę" nastolatka czy dziecka, który również się z tym boryka. Ale bywam też w ośrodkach, moi realni znajomi to fizjoterapeuci, pedagodzy a nawet wolontariusze działający w tego typu placówkach. Wiem na czym polega ta praca. Ja, która potrzebuje znacznego wsparcia przy poruszaniu się czy higienie osobistej nie czułabym się wystarczająco dobrze w tym gronie, pomimo ludzkiej życzliwości. Dzielę się za to swym własnym, życiowym doświadczeniem.
Czy dziennikarstwo zawód, który mogę wykonywać na różne sposoby, było planem? Nie, ba nawet decyzja o założeniu publicznego bloga nie była łatwa a co tu mówić o zawodzie wyuczonym. W myśl zasady artysta sam dla siebie jest bardzo krytyczny. Przełamałam w sobie tą blokadę, nie miałam wyboru. Dziś moje teksty, nie tylko te zamieszone tutaj, są czytane. Bardzo pozytywne opinie z zewnątrz utwierdziły mnie w przekonaniu iż dobrze wymierzyłam osobiste siły na zamiary.

niedziela, 30 września 2018

Viva espania

Człowiek pragnący stale się rozwijać powinien całe życie poszerzać umiejętności, które nabył będąc jeszcze dzieckiem, młody umysł chłonie nowości niczym gąbka. Jeśli o mnie chodzi jest nią zdolność posługiwania się językiem obcym. Chodząc przez rok do australijskiego przedszkola musiałam się komunikować z rówieśnikami. Po powrocie ochota do wiedzy językowej odrobinę przygasła by uderzyć ponownie kilka lat temu.
Przepiękny czas z moją kochaną Algerią, Egiptem, U.S.A oraz sporadycznym z Chinami minął zdecydowanie za szybko.
Z czasem coraz bardziej brakowało mi angielskich konwersacji. Powiedziałam o tym znajomemu w luźnej rozmowie, jeszcze tego samego wieczoru przyszedł sms od Arantxy. Pierwsze, zapoznawcze spotkanie umówiłyśmy na koniec tygodnia. Przyznaję, troszeczkę się tego obawiałam, jednak gdy tylko dziewczyna przekroczyła progi mego pokoju okazało się, że strach był bezpodstawny. Środy zyskały do końca listopada bardzo przyjemy odcień
Hiszpanka, moja nowa " native speaker", jest przesympatyczna, a jej uśmiech po prostu... zaraża. Cóż mam chyba szczęście do takich niezwykłych osób. 
Bardzo szybko złapałyśmy nić porozumienia, tematy nam się nie kończą. Głównie dlatego, że w moim odczuciu podobnie postrzegamy otaczającą nas rzeczywistość, w końcu nasze kraje nie leżą aż tak daleko od siebie. 
Jak przystało na wykształconego dziennikarza muzycznego na jednej z ostatnich wizyt puściłam "mojego" Macieja Balcara. "Game is Over" bardzo się jej podobało i zrozumiała bez słów dlaczego tak lubię ten głos. Przecież dźwięki też doskonale łączą.


poniedziałek, 17 września 2018

Naczynia pozytywnie połączone

Tworzenie własnej historii jest dla mnie nieustannym odpowiadaniem na pytania z cyklu "co mogę" i "co muszę". Dwa stwierdzenia niczym wagowe szale definiują działanie człowieka. Do pewnych rozwiązań jesteśmy zobligowani odgórne. Każdy musi rozpocząć i skończyć szlak edukacyjny na pewnym etapie, w moim przypadku to było gimnazjum.
Dalsze kroki mogłam wybierać sama, choć nie będę ukrywać, że potrzebowałam i nadal potrzebuje ogromnego wsparcia logistycznego. W tym wszystkim znacząca zasługa ósmej wspaniałej czy jak kto woli mamitki.
Wspólna droga, poza przebytymi kilometrami, dała nam jeszcze coś wyjątkowego. Poznawałyśmy siebie bardziej.
Proszę nie myślcie jednak, że my obie to takie stałe, nierozerwalne naczynia połączone, nic z tych rzeczy.
Mamy nasze odrębne kawałki we wspólnej rzeczywistości
Najdroższej rodzicielki nigdy nie było ze mną w sali na lekcji, wykładzie czy kolokwium. Dziś często również wychodzi sama na wydarzenia, imprezy okolicznościowe.
Bywały także kilkuletnie okresy w których wraz z niespokrewnionymi opiekunami wyjeżdżałam na różnego rodzaju wycieczki.
Od kilku lat mocniej na nowo zespoliły nas koncerty na które jeździmy razem.  To jest taka pozytywna adrenalinka, trzymająca bardzo długo.
Osobom postronnym może się wydawać że coś jej każe bądź narzucam. Nie robię tego. Ona widzi jaką radość mi to daje gdy, nie stoję sama pod sceną. Czasem tylko już po wszystkim zazwyczaj odzywa się mój zdrowy rozsądek z pytaniem jak ci zwyczajnie niezwykli ze mną wytrzymują?
Ale to są właśnie te niewidzialne korzyści dla których jest sens mimo tykającego zegara.

niedziela, 22 lipca 2018

Chomik zbieracz

Karteczki jedna z pierwszych kolekcji (żródło)
Stara prawda głosi iż na początku wszystkiego był chaos. Nieco ją parafrazując powiem, że u mnie zanim na dobre zagościła pasja do samej muzyki a potem do nurtu były karteczki z notesików. Któregoś dnia kolega zupełnie niespodziewanie przyniósł swoje.
Przewracałam je, patrzyłam jak zaczarowana i już kilka dni później stałam się podobnym do niego chomikiem zbieraczem.
Takie, swego rodzaju, gromadzenie miało jeszcze jeden bardzo pozytywny aspekt. Wówczas, kiedy Internet nie był tak bardzo rozpowszechniony, dzięki temu nawiązywałam pierwsze relacje z  rówieśnikami, zwłaszcza tymi pełnosprytnymi. To przełamywało początkowe, obustronne, wewnętrzne bariery we wzajemnym kontakcie. Osoby postronne niejednokrotnie gratulowały i czasami ten sam pomysł wdrażały. Nagle okazywało się iż pomimo mego czterokołowego towarzysza, będąc w tak zwanej normie intelektualnej, niczym specjalnym się od nich nie odróżniam. Możemy rozmawiać o czymś praktycznie bez przerwy. Wystarczył fragment garderoby z ulubionym motywem, album wypełniony określonym zbiorem, płyta czy notesik. W pewnym okresie pomogła także koszulka angielskiego klubu piłkarskiego, którą nosiłam. Bliscy zazwyczaj nie mieli większego kłopotu z tym co mi podarować z tytułu najrozmaitszych okazji, trzeba było tylko pójść moim śladem. Tak mi zresztą zostało do dziś, z wiekiem zmieniałam tylko asortyment.
Minimalny odsetek dzisiejszej :-)

czwartek, 5 lipca 2018

(Nie)pełnosprawna podróżowała koleją

Człowiek zawsze powinien szukać nowych dróg, alternatyw czy możliwości. Z takiego założenia wyszłyśmy jadąc z ósmą wspaniałą na koncert Dżemu do miasta polskiej piosenki. Nie słyszałam sekstetu na żywo od początku roku. Znajomi nie planowali wyjazdu z różnych powodów. Nie miałam do nich żalu czy pretensji, wszak zawsze robią mi ogromną przysługę zabierając nas ze sobą. Jednak te dźwięki i głos to taki mój osobisty „niekaloryczny” baton energetyczny, którego długo nie jadłam. Kilkudniowa „burza mózgów” i decyzja zapadła. Pojedziemy same pociągiem. Wszystkie wytyczne dotyczące komfortowej podróży z towarzyszem wspomnianym środkiem lokomocji przeczytane, nie była to nasza pierwsza koncertowa eskapada. Zeszłej zimy, przy powrocie ze stolicy Wielkopolski zawinił człowiek zapominając o doczepieniu wagonu do którego mogłabym swobodnie wjechać. Na szczęście konduktor po naszej grzecznej prośbie zabrał nas do domu, choć tak na dobrą sprawę wcale nie musiał tego robić. Dziękuję.
W Intercity 
Kierując się całe życie dewizą iż nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, ponownie przyszłyśmy na dworzec. Z kilkudniowym wyprzedzeniem, tak jak wcześniej, poinformowałyśmy o wybranych połączeniach i optymalnej dla nas formie wsparcia. Kiedy na peron wjechała linia Intercity, a panowie z obsługi składali wewnętrzną rampę umożliwiając mi tym samym wejście odetchnęłam, byłam już jedną nogą w amfiteatrze.
Po imprezie ponownie czekałyśmy na przewoźnika. Tym razem regionalnego. Był niskopodłogłowy. Z nieukrywaną radością weszłyśmy do przedziału. Chłód spowodowany zmęczeniem, sobotnimi pozytywnymi emocjami oraz oczekiwanie na transport powrotny, coraz mocniej dawał o sobie znać. Wczesnym ranem witałyśmy nasze miasto.
W moim przypadku kolej bardzo dobrze wywiązała się ze swoich udogodnień. Po cichu liczę, że mamitka za jakiś czas znowu wyrazi zgodę na podobną wycieczkę. Nie tylko ze względu na muzyków, którzy tamtego wieczoru grali niepowtarzalnie.