poniedziałek, 18 stycznia 2016
Wzniesienia
czwartek, 31 grudnia 2015
Szkatułka wspomnień
Stary rok odchodzi. Zmęczony pakuje w pośpiechu skrawki minionych, już prawie, dwunastu miesięcy. Niemalże na odchodnym zostawia mi niezwykły pakunek. Piękne wspomnienia. Zaklętych głównie w zdjęciach, spotkaniach czy koncertach. Niektórych z nich, nie można przypisać kształtu. Przecież uznanie, radość, czyjaś sympatia tego nie posiadają. Nie da się ich zamknąć w skarbonce na klucz. Są piękne niczym diamenty. Lotne, jak radosne ptaki. Przez, co dla mnie stanowią wartość bezcenną. Pozostają jednak, gdzieś tam na dnie najważniejszego ludzkiego organu. Ich wspomnienie natomiast powoduje od czasu do czasu łzy, wzruszenia lub ciepły uśmiech. Nie wiem, czy to pierwsze to do końca dobry objaw zwłaszcza, gdy patrzy na Ciebie sporo innych obcych ludzi, ale cóż...
Taka już jestem i się już nie zmienię. Niestety, a może to dobrze? Większość upominków dostałam dzięki ósmej wspaniałej, czyli mojej jedynej, najukochańszej mamie. Działała zawsze przy znacznym wsparciu osób mi bliskich. Nigdy, żadnymi słowami nie zdołam wyrazić mojej wdzięczności w stosunku do nich. Mogę tylko nieśmiało, po cichutku, prosić o jeszcze. Dopóty, dopóki starczy im sił, ochoty i cierpliwości do mojej skromnej osoby.
Czas wreszcie powiedzieć, kto jest ich autorem. Przedstawiciele płci przeciwnej. Nie, nie chodzi tutaj o żadne porywy, czy łomoty serca. Daleka jestem o tego. W moim odczuciu wygrywa zdecydowanie osobowość . No, dobrze w jednym z wypadków jeszcze głos ma znaczenie. Ale to właśnie ich usposobienie względem mnie przysporzyło tyle niemacanych powodów do wzruszeń. One mają nieco inny kaliber. Doceniam także te namacalne. Wszystko wskazuje na to, że następca odchodzącego również ich trochę dla mnie pochował za sprawą wspomnianych już panów. Ale o tym kolejne wpisy. Pisane w 2016 roku, gdyż nie chce zapeszać.
sobota, 12 grudnia 2015
Spotkane szczęscie
Gdy masz znajomych mieszkających w różnych zakątkach kraju, organizacja osobistego spotkania wydaje się być niemożliwa. Nic bardziej mylnego, gdy się czegoś bardzo chce, nie ma niemożliwego. Oczywiście trzeba to wszystko wcześniej zaplanować, ale się da. Szczególnie, gdy istnieje wspólny mianownik. To naprawdę łączy i pozwala pokonać nie tylko kilometry.
Na Dżemowym szlaku koncertowym istnieją niewątpliwie wyjątkowe miasta. Do stolicy, czy Górnego Śląska dołączył stosunkowo niedawno Ostrów Wielkopolski. Wiele pozytywnych opinii o tych koncertach się słyszało... O tej swoistej wyjątkowości. To było jedno z muzycznych marzeń, które ogromnie chciałam zrealizować. Czy na coś liczyłam? Wyjątkową set listę i spotkania pod sceną. Z ludźmi, akceptującymi w całej rozciągłości i znaczeniu owego stwierdzenia. Nic wielkiego, ale jak to zwykle na koncertach sekstetu bywa...
Mało oczekujesz, strasznie dużo zyskujesz. Począwszy od transportu, po spotkanie ze znajomymi, całkiem spontaniczne uśmiechy muzyków na widok kilku osób w takich samych koszulkach. Przypadek? Nie. Raczej umowa spełniająca po cichu swe założenie.
Kolejność utworów? Wybacz, ale tuż przed rozpoczęciem występu wydarzyło się coś, co owe pragnienie przyćmiło.Takie spontaniczne, piękne dziecięce to było. No dobrze, parę razy z powodu doboru piosenek w fotelik Cię wbiło i uśmiech nie schodził Ci z twarzy.
Jednak, to co najpiękniejsze na koniec dnia się wydarzyło. Coś czego w ogóle się nie spodziewałaś, prosząc o indywidualne zdjęcie. Fotografia tylko potwierdziła słowa znajomych, w które nie za bardzo chciałaś uwierzyć. Ale już wierzysz w swoje... muzyczne szczęście. Choć tak naprawdę nie wiesz, co się do tego przyczyniło życzysz sobie, aby na cały nadchodzący 2016 rok Cię nie opuściło.
środa, 2 grudnia 2015
Magia (nieświątecznej) chwili
| Fot Bartek Kozłowski |
Końcem listopada we Wrocławiu zainaugurowano coroczny Jarmark Bożonarodzeniowy. Mnóstwo małych, drewnianych domków z przeróżnym asortymentem do kupienia. Od regionalnych przysmaków po świeczki, a nawet zabawki.
Kolorowy pociąg dla młodszych dzieci, miejsca do słuchania znanych i lubianych bajek, sanie Mikołaja z olbrzymim reniferem. Kawałek rynku na ten okres zdobią światełka. Tłem do opisanych wcześniej rzeczy są piosenki świąteczne puszczane z głośników, a wisienką na torcie - grzaniec serwowany w okolicznościowym dzbanuszku. Skąd o tym wiem? Jestem tam, co roku kilkakrotnie. W pierwszych dniach tego sezonu wiało padało i było naprawdę zimno. W nie najlepszym nastroju wróciłam do domu, odpaliłam Facebooka...
| Fot Bartek Kozłowski |
| Fot Bartek Kozłowski |
środa, 4 listopada 2015
Pasja uśmiechem płynąca
"Skąd bierzesz ten swój życiowy
optymizm"? pytają zazwyczaj nowo poznani po pierwszym, dłuższym kontakcie
z moją skromną osobą. Przecież los sobie tak okrutnie ze mnie zadrwił. Ja
jednak staram się iść przez życie z bananem na twarzy. Dlaczego?

Ktoś kiedyś mi go podarował, odwzajemnił. Niby nic niezwykłego w tym nie było. Zwykły gest ale zadziało, jak sztafeta.
Gdzieś tam przemknęło mi przez głowę, że może ten miły jegomość przesyła swój uśmiech w kierunku miłej dziewczyny, a nie stereotypowo pokrzywdzonej. Przecież tak wyglądamy w oczach większości ludzi, która nie chce nas poznać. Trudno. To było nasze pierwsze spotkanie, a czułam się jakbym szczęśliwym obuchem w głowę dostała.
On nie robił problemu z moich czterech kółek, więc czemu miałabym go sama stwarzać? To było niemal piętnaście lat temu. Na chwilę obecną jest lepiej niż mogłam przypuszczać. Nie jednokrotnie się zastanawiałam dlaczego ja??
Od kilku tygodni zaczynam się "obawiać" naszych spotkań muzycznych. W sensie strasznie pozytywnym, choć z równą niecierpliwością czekam na kolejne.
Gdy nie będę się blokować, zamykać na innych, więcej osób będzie chciało mieć ze mną styczność. Owszem mam niewładne nogi, ale to nie jest jakaś klatka nie do przejścia. Nie odbierze mi znajomych, jeśli nie dam im sama powodów. Nieraz mi dali do zrozumienia, że nie straszny im mój towarzysz. Jeździli, wnosili, wozili, pchali i robią to w dalszym ciągu. Podobnie, jak ludzie mi nieznani. Na palcach jednej ręki mogę policzyć uzasadnione przypadki odmowne. Z tym też się trzeba liczyć.
Kilka lat temu o północy nie było już autobusów niskopodłogowych w rozkładzie, powrót z koncertu muzyki irlandzkiej... Nagle zakręciło się koło nas czterech, "łysych", rosłych panów w skórach. Parę machnięć i już byłam w środku. Pojechali z nami do naszego przystanku domowego, aby mnie "wysadzić"! Wzruszenie. W zamian dostali tylko mój uśmiech.
W pewną październikową niedzielę wybrałyśmy się do kina z mamitką. Młoda dziewczyna, po sensie filmowym sama zaproponowała swoją pomoc przy znoszeniu mego sprzętu ze schodów. Bardzo miłe.
Ciepły gest potrafi też przypomnieć o tym, co najważniejsze. Postawić do pionu. Zwłaszcza, kiedy się wątpi w coś bardzo ważnego. Siła, odwaga i determinacja wracają na swoje właściwe tory. Niosąc ze sobą nadzieję. Ufam, że kiedy poproszę o pomoc znajomi znów nie zawiodą. Ceniąc moje podejście do życia. To jest w tym wszystkim najważniejsze.
sobota, 10 października 2015
Kampanijne grzybki?
Namnożyło się tego teraz niczym grzybów po deszczu. Swój światowy dzień mają, chociażby osoby z Zespołem Downa, Autyzmem, czy wreszcie Mózgowym Porażeniem Dziecięcym. Każda z dat ma jakieś indywidualne cechy charakterystyczne. W geście solidarności, zwłaszcza z tymi ostatnimi powinnam przywdziać siódmego października barwy nadziei. Otóż nie zrobiłam tego. Nie powodowała mną skleroza, ani brak odpowiedniego koloru w garderobie osobistej. Był to zabieg celowy i dokładnie przemyślany. Przesłanie, uświadamianie? W ten jeden wyjątkowy dzień nie zmienimy zdania nie przekonanych. Jestem cząsteczką tej milionowej siedemnastki, nie wstydzę się tego, jednak jak mówi polskie przysłowie, jedna jaskółka wiosny nie czyni. Ze stereotypami chorobowymi walczę świadomie od dwóch dekad z hakiem. Mam wrażenie, że jestem jakby zaprzeczeniem osoby z MPD. Pracuje, posiadam normę intelektualną. Epilepsji też u mnie nie zdiagnozowano. Całym swoim życiem usiłuje pokazać, że można żyć. Mimo lekarskich diagnoz. Bez kampanii i wszystkiego, co się z tym wiąże. Po cichu skromnie bez blichtru czy fleszy. Mieć kochającą, służącą wsparciem rodzinę, znajomych, którzy cię w pełni akceptują. Nierzadko pomagają pokonać kolejne przeszkody. Szczególnie te architektoniczne niekiedy kosztem własnego zdrowia. Pasję dającą mega pozytywnego kopa do dalszych działań. Ale o tym, kiedy indziej
czwartek, 24 września 2015
Ósma wspaniała
To będzie jedyny i niepowtarzalny wpis. Szczególny, bo ona taka właśnie jest. Wspaniała, ale skromna. Nigdy nie sięgała po oficjalne zaszczyty i laury, choć zdecydowanie nalezą się jej. Trzydzieści lat temu w pewien zimowy dzień na świat przyszło dziecko. Dziewczynka. Wszyscy bardzo się cieszyli, wszak nowa istotka stanowiła namacalny prezent dla babć, których jeszcze wówczas nie znała i poznać wcale nie musiała. Zasadniczo tamten styczeń, zmienił wszystko. Scenariusze mogły być różne. Jednak moja najbliższa rodzinka zdecydowała, że zostaję z nimi, z całym swym dobrodziejstwem. Siły fizyczne musiały się wówczas zrównać z psychicznymi, jeśli nie je przewyższać. Początkowo tworzyli drużynę, w drodze do swoistej sprawności córki, oraz młodszej siostry. Gdzieś tam z tyłu głowy czaił się nałóg, który zabrał mi ojca. Choroba alkoholowa powoli postępowała, a my musiałyśmy podjąć decyzję. Filigranowa siłaczka została samotnym dźwigiem oraz zbieraczem najrozmaitszych emocji. Zarówno tych dobrych, jak i w wersji niekoniecznie bardzo chlubnej. Łatwe to niestety nie jest.
Ona jednak daje radę. Każdego dnia. Po kilka razy dziennie. Dodatkowo pierwsza pokazała mi, że świat nie ma ograniczeń, choć wszyscy wiemy, jak jest. Jeszcze w tym wszystkim wozi mnie, lub jeździ za takim jednym blondynem z uśmiechem na ustach. Mimo, że z jej perspektywy musi to być karkołomny fizyczny wysiłek. Ale to chyba właśnie jest miłość.Pozwólcie, że podziękuję ósmej wspaniałej wyjątkowo.
Dziękuję
| W obiektywie córy |
"Mamo bardzo Cię kocham, kocham Cię!"Dżem List do M
Dziękuję
Subskrybuj:
Posty (Atom)




